Trzej niezwykli przyjaciele- część I

                                                             INTRUZ

RANKIEM NAD BRZEGIEM RZEKI, POWSTAŁO DZIWNE ZAMIESZANIE,

PIERWSZE ZAUWAŻYŁY TO MRÓWKI, WIESZAJĄC WŁAŚNIE PRANIE.

ROZEJRZAŁY SIĘ DOKOŁA, SZUKAJĄ OWEJ PRZYCZYNY,

ALE WŚRÓD WYSOKIEJ TRAWY NIC NIE ZOBACZYŁY.

WIEŚĆ O MOŻLIWYM INTRUZIE, SZYBKO ROZNIOSŁA SIĘ PO ŁĄCE,

PRZEKAZAŁY JĄ JUŻ WSZYSTKIM PŁOCHLIWE ZAJĄCE.

MIESZKAŃCY STANĘLI NA STRAŻY SWYCH DOMÓW,

PONIEWAŻ OD LAT WIELU NIE UFALI NIKOMU.

-NO I WPADŁAM DO RZEKI, CO MNIE JESZCZE SPOTKA?

POWIEDZIAŁA MOKRA, BRĄZOWA MASKOTKA.

WYSKOCZYŁA SZYBKO Z WODY, BO JĄ COŚ SKUBAŁO PRZEZ CHWILĘ.

-RATUNKU- KRZYCZĄC- O RETY, MOŻE SĄ TU KROKODYLE?

UPEWNIAJĄC SIĘ JEDNAK, ŻE TO BYŁY TYLKO KIJANKI,

TO ZNACZY ŻABIE DZIECI, CIEKAWSKIE O PORANKU,

ZDJĘŁA Z SIEBIE UBRANIE, WYCISNĘŁA JE SZYBKO,

POŁOŻYŁA NA TRWIE, ŻEBY W SŁOŃCU WYSCHŁO.

OD RAZU SIĘ ZABRAŁA ZA POSZUKIWANIE JEDZENIA,

LECZ NA ŁĄCE SPRAWA OKAZAŁA SIĘ TRUDNA DO ZROBIENIA.

-PODPATRZĘ- POWIEDZIAŁA-CZYM INNE ŻYWIĄ SIĘ ZWIERZĘTA.

WIĘC SPRAWDZAŁA, SŁUCHAŁA, W SWYCH STARANIACH NIEUGIĘTA.

WZOREM PSZCZÓŁ, SPRÓBOWAŁA NEKTAR SPIJAĆ Z KWIATÓW,

LECZ NIE DAWAŁO TO ŻADNEGO REZULTATU.

W JEJ BRZUSZKU NADAL ORKIESTRA MARSZA GRAŁA OD RANA,

Z TEGO WSZYSTKIEGO BOLAŁY JĄ RĄCZKI, NÓŻKI I MORDKA NIEWYSPANA.

PÓŻNIEJ ZACZĘŁA RYĆ NOSEM W ZIEMI JAK KRET,

-ALE JAK SIĘ PIASKIEM NAJEŚĆ- STWIERDZIŁA- A TO PECH.

POSTANOWIŁA ZJEŚĆ TEŻ TRAWĘ, PRZYKŁAD BIORĄC Z ZAJĘCY.

-NIE JESTEM PRZECIEŻ KOZĄ MRUKNĘŁA- NIE TKNĘ TEGO WIĘCEJ.

SPRAWDZIŁA SWOJE RZECZY, CZY ZDĄŻYŁY WYSCHNĄĆ,

UBRAŁA SIĘ I ZATĘSKNIŁA ZA ŚWIEŻUTKIEJ KASZY MISKĄ.

RUSZYŁA WIĘC PRZED SIEBIE, NIE WIDZĄC INNEGO ROZWIĄZANIA,

I W PRZYKRÓTKICH SPODENKACH POSZŁA SZUKAĆ SWOJEGO ŚNIADANIA.

PO DRODZE WYCIĄGNĘŁA DWIE RYBY Z KIESZENI,

JEDNAK SZYBKO WRZUCIŁA JE DO WODY STWIERDZAJĄC-TO I TAK NIC NIE ZMIENI.

-MUSZĘ ZNALEŹĆ SZYBKO PRAWDZIWE JEDZENIE,

-ALE IŚĆ DO MIASTA? TROCHĘ STRACH- POWIEDZIAŁA Z PRZERAŻENIEM.

PRZEBIERAJĄC NÓŻKAMI, ZBLIŻYŁA SIĘ DO CHODNIKA,

LECZ WIEDZIAŁA, ŻE LUDZIOM TRZEBA PRĘDKO Z OCZU ZNIKAĆ.

SCHOWAŁA SIĘ ZA ROGIEM Z ZAMIAREM- TU SIĘ BĘDĘ UKRYWAĆ,

I NAGLE POCZUŁA MIŁY ZAPACH, ŚWIEŻEGO PIECZYWA.

                                                                 ŚNIADANIE

W PONIEDZIAŁEK, Z  SAMEGO RANA, PAN PIEKARZ OTWORZYŁ SWÓJ SKLEP,

WYSTAWIŁ W KOSZYCZKACH BUŁECZKI, ROGALE, HAŁKI I CHLEB,

I WSZEDŁ DO ŚRODKA RAZ JESZCZE, BY WYNIEŚĆ TYM RAZEM PĄCZKI,

GDY WRÓCIŁ UBYŁO BUŁEK, ZNIKNĘŁY:

– OT PECH- WESTCHNĄŁ PIEKARZ, ODGANIAJĄC OD LUKRU BĄCZKI.

WIĘC WRÓCIŁ SZYBKO DO PRACY, BY NIE MARNOWAĆ CZASU,

-ZŁODZIEJA JUŻ NIE ZŁAPIĘ-POMYŚLAŁ- NIE WARTO ROBIĆ HAŁASU.

WIĘC ZNOWU DOŁOŻYŁ BUŁEK I TYM RAZEM PILNOWAŁ,

BY ŻADNA NIE ZGINĘŁA, BY NIKT JUŻ NIC NIE SCHOWAŁ.

LECZ CÓŻ TO DRODZY MOI, CZAI SIĘ TAM ZA ROGIEM?

-JAKIE PYSZNE– SZEPT SŁYCHAĆ- DOBRZE, ŻE WZIĘŁAM NA DROGĘ.

– I CO JA BIEDNA ZROBIĘ, MOKRA, SAMA W TYM MIEŚCIE,

NIKT MI TU NIE POMOŻE, TYLKO NAPADNIE JESZCZE.

I WNET SOBIE PRZYPOMNIAŁA, ŻE TO NIE JEST PROBLEM WIELKI,

BO WYSTARCZY W CHWILI SMUTKU RAZ ZANUCIĆ TEKST PIOSENKI:

ŻEBY ŚWIAT BYŁ KOLOROWY,

NA PRZYGODY BĄDŹ GOTOWY,

I Z UŚMIECHEM IDŹ PRZEZ ŻYCIE,

O PRZYJAŹNI MARZĄC SKRYCIE.

TAK POCIESZJĄC SIĘ W KĄCIE, ZA ROGIEM PACHNĄCEJ PIEKARNI,

PRZYSNĘŁA W KŁĘBEK ZWINIĘTA PRZY MIGOCZĄCEJ LATARNI.

A BYŁA TO SPRYTNA MAŁPKA, CO W CYRKU PRACOWAŁA,

I WCIĄŻ SZUKAJĄC PRZYJACIÓŁ, W KŁOPOTY POPADAŁA.                                                                                                                                             

                                                              NIEOCZEKIWANY GOŚĆ

RANKIEM, ZE SNU GŁĘBOKIEGO WYRWAŁO COŚ MAŁPKĘ NIESPODZIEWNIE,

DZIWNY PISK, CHROBOT – KTOŚ ZJADAŁ JEJ DRUGIE ŚNIADANIE,

ZERKNĘŁA PRZESTRASZONA, ŻE MOŻE TO NIEDŹWIEDŹ LUB LIS

I JAKAŻ BYŁA ZDUMIONA, KIEDY UJRZAŁA MALUTKĄ MYSZ.

-KIM JESTEŚ I CO TU ROBISZ O ŚWICIE?

ZJADASZ MOJE BUŁECZKI, NIEMIŁE CI JUŻ ŻYCIE?

OBURZONA ZACHOWANIEM NIEOCZEKIWANEGO GOŚCIA, SPYTAŁA,

CHOĆ ODPOWIEDZI NIE OCZEKIWAŁA.

– PRZEPRASZAM CIĘ BARDZO – MYSZKA PISNĘŁA SKRUSZONA,

-ALE BYŁAM GŁODNA, OD CZUBKA GŁOWY AŻ DO OGONA,

NIE GNIEWAJ SIĘ NA MNIE, JAKOŚ CI TO WYNAGRODZĘ,

NAZYWAM SIĘ MELA I JUŻ CI Z DROGI SCHODZĘ.

MAŁPKA PATRZĄC NA NIĄ DŁUŻSZĄ CHWILKĘ, POMYŚLAŁA:

-PRZECIEŻ JA TE BUŁKI TEŻ KOMUŚ ZABRAŁAM.

– JESTEM LUNA- POWIEDZIAŁA SZYBKO,

– NIE GNIEWAM SIĘ NA CIEBIE MAŁA MYSZKO,

-TYLKO TROCHĘ SIĘ PRZESTRASZYŁAM-RZUCIŁA- NIE PRZECZĘ,

RÓŻNE PRZECIEŻ STWORZENIA ŻYJĄ NA TYM ŚWIECIE.

MELA PODZIĘKOWAŁA I DOKOŃCZYŁA ŚNIADANIE,

WYGLĄDAŁA NA SMUTNĄ, ZZIĘBNIĘTĄ I SAMOTNĄ NIESŁYCHANIE,

– TEŻ JESTEM TU SAMA- SZEPNĘŁA MAŁPKA- WYPADŁAM PRZEZ OKNO WPROST DO RZEKI,

WYCHYLIŁAM SIĘ ZA MOCNO I CHYBA ZOSTANĘ TU NA WIEKI.

TAK SIĘ SZYBKO ZACZĘŁA PRZYJAŹŃ DWÓCH ZWIERZĄTEK,

LUNA SCHOWAŁA MYSZKĘ DO KIESZENI I TO BYŁ ICH PRZYGÓD POCZĄTEK.

                                                                        PRZEDSZKOLE

MIMO, ŻE MAŁPKA BYŁA MŁODA, MIAŁA DOPIERO PIĘĆ LAT,

RÓŻNYCH JUŻ LUDZI SPOTKAŁA, PRZYKROŚCI NIE SZCZĘDZIŁ JEJ ŚWIAT.

W TRZECH CYRKACH DAWAŁA WYSTĘPY I NIKT NIE KOCHAŁ JEJ SZCZERZE,

JAK KAŻDY, CHCIAŁA MIEĆ DOM I KOGOŚ, KTO JĄ DO SIEBIE ZABIERZE.

NIE UFAJĄC LUDZIOM, STARAŁA SIĘ ICH UNIKAĆ,

BIEGŁA WIĘC SZYBKO CHODNIKIEM, PRÓBUJĄC SIĘ NIE POTYKAĆ.

I NAGLE GDZIEŚ W POBLIŻU, USŁYSZAŁA WESOŁY ŚPIEW DZIECI,

POSTANOWIŁA TO SPRAWDZIĆ, TAK DOSZŁA DO DOMU POD NUMER TRZECI.

TU SIĘ DOPIERO DZIAŁY RZECZY NIESPOTYKANE,

GROMADKA MAŁYCH LUDZI, SZCZĘŚLIWYCH, ROZEŚMIANYCH,

TAŃCZYŁA PO ŚRODKU SALI, TRZYMAJĄC SIĘ ZA RĘCE,

BYŁO TO „ KÓŁKO GRANIASTE”, DO SZCZĘŚCIA NIE TRZEBA BYŁO NIC WIĘCEJ.

LUNA PATRZYŁA W OKNO, PODNOSZĄC MELĘ NA ŁAPCE DO GÓRY,

BY TA, TEŻ MOGŁA ZOBACZYĆ ZABAWNE W TAŃCU FIGURY.

– SPÓJRZ PRZYJACIÓŁKO, NA TE MIŁE BUZIE,

 CO TO ZA MIEJSCE I SKĄD CI MALI LUDZIE?

– TO PRZEDSZKOLE, JUŻ TU BYŁAM-RZEKŁA MYSZKA PO CICHU,

-ZIMĄ MIESZKAŁAM W STARYM BUCIE NA GÓRZE, CZYLI STRYCHU.

BYŁO MI TU MIŁO, CHOĆ GŁOŚNO, CIEPŁO I PRZYJEMNIE,

LECZ WIOSNĄ MUSIAŁAM UCIEKAĆ PRZED KOTEM, CO MIAŁ FUTRO CIEMNE.

PATRZYŁ NA MNIE WIELKIMI, ZIELONYMI OCZAMI, JAK NA SWÓJ OBIAD,

NIE MOGŁAM POZWOLIĆ, ŻEBY MNIE TEN POTWÓR DOPADŁ.

POCZEKAŁY CICHUTKO W PODWÓRKU DO ZMIERZCHU,

BY NIEZAUWAŻONE MOGŁY SCHRONIĆ SIĘ OD DESZCZU.

WESZŁY TYLNYMI DRZWIAMI DO DUŻEGO POKOJU NA PARTERZE.

-ILE TU ZABAWEK, PIŁEK I KLOCKÓW- WESTCHNĘŁA LUNA- NIE WIERZĘ.

SKAKAŁY OBIE I TAŃCZYŁY W KÓŁKO, TAK CHYBA TRZY GODZINY,

AŻ PADŁY NA DYWAN ZUPEŁNIE BEZ SIŁY, ROBIĄC ŚMIESZNE MINY.

POTEM ZJADŁY NA KOLACJĘ DWIE BUŁKI Z KIESZENI MAŁPKI,

UDAJĄC, ŻE ZROBIŁY Z NICH PRZEPYSZNE KANAPKI.

I JUŻ MIAŁY SIĘ ZBIERAĆ DO POWROTNEJ DROGI,

GDY USŁYSZAŁY W KORYTARZU, NIEZNAJOMY GŁOS SROGI.

NIE MAJĄC GDZIE UCIEKAĆ, WSKOCZYŁY DO KOMINKA,

POTEM DO GÓRY KOMINEM NA DACH, OD DRABINY DZIELIŁA JE CHWILKA,

UDAŁO IM SIĘ BEZPIECZNIE ZEJŚĆ NA DÓŁ, CZYM PRĘDZEJ,

LECZ GDY SPOJRZAŁY NA SIEBIE, OBIE BYŁY CZARNE JAK WĘGIEL.

POZBIERAŁY SIĘ SZYBCIUTKO, BY W POWROTNĄ DROGĘ RUSZYĆ,

WZIĘŁY SIĘ OBIE ZA RĘCE , PODTRZYMUJĄC PRZY TYM BRZUCHY.

BO OD ŚMIECHU I ZABAWY MOCNO IM PODSKAKIWAŁY,

I WESOŁO POMRUKUJĄC PO CICHUTKU ZAŚPIEWŁY:

ŻEBY ŚWIAT BYŁ KOLOROWY,

NA PRZYGODY BĄDŹ GOTOWY,

I Z UŚMIECHEM POMYŚL SOBIE,

ŻE PRZYJACIEL JEST PRZY TOBIE.

                                                              NAGŁA POBUDKA

PRZYJACIÓŁKI PRZESPAŁY TĘ NOC PRZY APTECE, W KĄCIKU NA SZCZOTKI, TUŻ POD SCHODAMI.

NIE BYŁO IM TU WYGODNIE, MUSICIE SZCZERZE PRZYZNAĆ TO SAMI.

PRZYTULIŁY SIĘ DO SIEBIE, BY NIE CZUĆ CHŁODU I SMUTKU,

ŚNIŁY O CIEPŁYM SŁOŃCU, BIAŁYM DOMKU I KWIATKACH W OGRÓDKU.

DZIŚ JUŻ BYŁA ŚRODA, WIĘC POŁOWA TYGODNIA,

I CHOĆ JESZCZE NIE ZIMA, TO NOC OKAZAŁA SIĘ CHŁODNA.

NAD RANEM KRZYK STRASZNY OBUDZIŁ LUNĘ ZE SNU GŁĘBOKIEGO,

NIE BYŁO PRZY NIEJ MYSZKI, MUSIAŁO STAĆ SIĘ COŚ STRASZNEGO.

WYSKOCZYŁA CZYM PRĘDZEJ ZE SWEGO POSŁANIA,

I CÓŻ ZOBACZYŁA? JAK CZRNY KOT JUŻ MELĘ DOGANIA,

JUŻ ŁAPIE W PAZURY I POŁKNĄĆ ZAMIERZA,

NIE MYŚLĄC WIĘC DŁUGO, RZUCIŁA SIĘ NA ZWIERZA.

TEN PUŚCIŁ MYSZKĘ BIEDNĄ, PRZESTRASZONĄ SRODZE

I SKULIŁ SIĘ SZYBKO W KŁĘBEK, NIE STAJĄC MAŁPCE NA DRODZE,

GDY LUNA JUŻ PRZYJACIÓŁKĘ ODZYSKAĆ ZDOŁAŁA,

SPOJRZAŁA NA INTRUZA I ZE ZŁŚCIĄ SPYTAŁA:

-DLACZEGO CHCIAŁEŚ POŁKNĄĆ TE BIEDNĄ MAŁĄ MYSZKĘ?

TUŻ OBOK JEST RZEŹNIK, MOGŁEŚ ZJEŚĆ DZIŚ KISZKĘ.

KOT ZERKNĄŁ ZATRWOŻONY, NA ŚMIESZNEGO BRĄZOWEGO STWORA,

-NIBY ZWIERZĘ- POMYŚLAŁ-ALE DZIWNE JAKIEŚ, CHYBA NA UCIECZKĘ PORA.

UBRANE PO LUDZKU, W NIEBIESKIE OGRODNICZKI,

ŻÓŁTA BLUZKA, W ZIELONE KROPKI, JAK TRAWA LUB KWIATKI Z DONICZKI.

KOCUR POMIMO PRZERAŻENIA, ODEZWAĆ SIĘ ODWAŻYŁ:

-PRZEPRASZAM ZA MÓJ WYSTĘPEK, JUŻ NIGDY, PÓKI ŻYJĘ O MYSZCE NIE ZAMARZĘ.

                                                              NOWY PRZYJACIEL

– JESTEM KACPER- RZEKŁ JEGOMOŚĆ W CZARNYM FUTRZE, Z DŁUGIM WĄSEM,

– TO JEST LUNA, A JA MELA, KOCI OBIAD- POWIEDZIAŁA MYSZ Z PRZEKĄSEM.

KOT OPOWIEDZIAŁ SZCZERZE, SWOJĄ HISTORIĘ SMUTNĄ

JAK SIĘ BŁĄKA PO ŚWIECIE, JAK SAMEMU JEST MU TRUDNO.

ŻE CZĘSTO BYWA GŁODNY, SYPIA PO KĄTACH I STRYCHACH,

ŻE MYSZY WŁAŚCIWIE NIE JADA, BO CIĘŻKO MU SIĘ PO NICH ODDYCHA.

PRZYJACIÓŁKI SŁUCHAŁY UWAŻNIE, CAŁEJ OPOWIEŚCI,

I STWIERDZIŁY ZGODNIE- W GŁOWIE SIĘ NIE MIEŚCI.

POSTANOWIŁY WIĘC OBIE, PRZYGARNĄĆ KOTA DO SIEBIE,

SCHOWEK RAZEM POSPRZĄTAJĄ, NIE ZOSTAWIĄ GO W POTRZEBIE.

A ŻE BYŁO JESZCZE CAŁKIEM WCZEŚNIE, RANO,

WZIĘLI SIĘ  DO ROBOTY, ZANIM MIESZKAŃCY DOMU WSTANĄ.

POZBIERALI TEŻ ŚMIECI WOKOŁO, OCZYŚCILI Z LIŚCI PODWÓRKO CAŁE,

BY WYRĘCZYĆ OD PRACY WŁAŚCICIELKĘ APTEKI, POD KTÓRĄ MIESZKALI, PANIĄ HANIĘ.

LECZ NAGLE DRZWICZKI SCHOWKA MOCNO OD WIATRU TRZASNĘŁY

I DŁUGI OGONEK LUNY NIEFORTUNNIE PRZYCIĘŁY.

-O JEJKU, O RETY- ZAPISZCZAŁA MELA- TRZEBA SZYBKO DO LEKARZA,

LECZ KACPER OPANOWANY Z NATURY, RZEKŁ- CHYBA DO WETERYNARZA?

NIC TAKIEGO SIĘ NIE STAŁO, SKOCZĘ ZARAZ DO APTEKI.

JUŻ PO KRÓTKIEJ CHWILI WRÓCIŁ, W LEWEJ ŁAPCE TRZYMŁ LEKI.

OPATRZYLI MAŁPCE OGON, KTÓRY NAGLE SPUCHŁ JAK GRUSZKA,

WYWIĄZALI KOKARDĘ Z BANDARZA I POCIESZYLI CAŁUJĄC W OBA USZKA.

WYSTARCZYŁ JEDEN PORANEK, BY SIĘ ZAPRZYJAŹNILI.

ODTĄD PRZYRZEKLI WZAJEMNIE, ŻE BĘDĄ DLA SIEBIE JUŻ ZAWSZE MILI.

CHOĆ ZACZĘŁA SIĘ JUŻ JESIEŃ, SŁOŃCE CIĄGLE JESZCZE GRZAŁO,

MIMO PRZELOTNEGO DESZCZU, BIEGAĆ, SKAKAĆ WCIĄŻ SIĘ CHCIAŁO.

TRÓJKA PRZYJACIÓŁ, WYRUSZYŁA ZWIEDZAĆ MIASTO PO PRACOWITYM PORANKU,

ZWŁASZCZA, ŻE IM W BRZUCHACH BURCZAŁO I ZAMARZYLI O MLEKA DZBANKU.

MINĘLI WARZYWNY STRAGAN, KSIĘGARNIĘ I SKLEP Z KAPELUSZAMI,

I STARALI SIĘ PORUSZAĆ BOCZNYMI ŚCIEŻKAMI.

PODŚPIEWUJĄC PRZY TYM PIOSENKĘ POD NOSEM,

BY NIE ZDRADZIĆ SIĘ MIESZKAŃCOM ZBYT DUŻYM HAŁASEM:

ŻEBY ŚWIAT BYŁ KOLOROWY,

NA PRZYGODY BĄDŹ GOTOWY,

I Z UŚMIECHEM IDŹ PRZED SIEBIE,

BO PRZYJACIÓŁ MASZ W POTRZEBIE.

                                                            PRZYGODA W PARKU

MIASTECZKO BYŁO PIĘKNE, CZYSTE, KOLOROWE,

CHOĆ KAMIENICZKI STARE Z CZERWONEJ CEGŁY, TO ZADZIERALI Z PODZIWU GŁOWĘ.

TAK DOSZLI DO PARKU, PRZY MIEJSKIM RATUSZU, I STANĘLI ZDUMIENI,

BO NA NIM WISIAŁ WIELKI ZEGAR, PILNUJĄCY CZASU, BY GO NIKT NIE ZMIENIŁ.

WYBIJAŁ MIESZKAŃCOM GODZINY, KAŻDĄ W KOLEJNOŚCI,

OD PIERWSZEJ DO OSTATNIEJ, RÓWNIEŻ DLA TURYSTÓW I GOŚCI.

LECZ OD TEGO OGLĄDANIA, W BRZUCHACH NIE ROBIŁO IM SIĘ PEŁNIEJ,

BEZ JEDZENIA I BEZ PICIA BĘDZIE DZISIAJ BARDZO BIEDNIE.

-KACPER, MELA, CHODŹCIE SZYBKO- ZAWOŁAŁA DO NICH LUNA,

-POBIEGNIEMY TAM POD ŁAWKĘ – NO I PIERWSZA DAŁA NURA.

– SPÓJRZCIE, TU PO ŚRODKU PARKU, ROŚNIE DRZEWO Z ORZECHAMI,

-TO LESZCZYNA- STWIERDZIŁ KACPER- OBIAD ZDOBĘDZIEMY SAMI.

PRZYJACIELE PODSKOCZYLI I JUŻ ZBUDOWALI WIEŻĘ BY SIĘ DOSTAĆ DO JEDZENIA,

KOT NA MAŁPIE, MYSZ NA KOCIE JUŻ SIĘGAŁA BEZ BŁĄDZENIA,

AŻ TU NAGLE GRZMOTY, HUKI, Z GÓRY LECĄ NA NICH LIŚCIE,

– WY HULTAJE, TO JEST MOJE, KRAŚĆ ORZECHY TU PRZYSZLIŚCIE?

TO ZAPASY DO KRYJÓWKI, JEST JUŻ  JESIEŃ , ZIMA CZEKA,

PATRZCIE, KOT MA DOSYĆ MLEKA?

JESZCZE MAŁPĘ PRZYPROWADZIŁ I W KOMPLECIE SZARĄ MYSZ,

UCIEKAJCIE  STĄD, CZYM PRĘDZEJ, NO A KYSZ, A KYSZ, A KYSZ.

 LEŻĄC PLACKIEM JUŻ NA TRAWIE, PO ZBURZENIU WIEŻY,

CAŁA TRÓJKA OSŁUPIAŁA PATRZĄC, KTO ICH WZROKIEM MIERZY,

RUDĄ KITĄ WYMACHUJĄ, KRZYCZĄ, SKACZĄ PO GAŁĘZIACH,

TO WIEWIÓREK CAŁE STADO W STRONĘ WINNYCH JUŻ PODĄŻA.

PRZYJACIELE „WZIĘLI NOGI ZA PAS”, NIE CZEKAJĄC DŁUŻEJ ANI CHWILI,

JAK NAJDALEJ UCIEC, ZGODNIE WNET POSTANOWILI.

                                                            NIESPODZIANKA

WIECZÓR ZAPADŁ NAD MIASTECZKIEM, GDY W POWROTNĄ DROGĘ SIĘ UDALI.

 MIJALI ZAMKNIĘTE JUŻ SKLEPY I TYLKO ŚPIEW SŁOWIKA SŁYSZELI W ODDALI.

 – SAMI WIDZICIE- RZEKŁ KACPER ZATROSKANY-JUŻ NIE WIERZĘ W CUDA,

BEZ DOMU I WSPARCIA, JAK NAM SIĘ PRZEŻYĆ UDA?

NIKOMU DZISIAJ NIE BYŁO DO ŚMIECHU,

WIĘC DO SWEJ KRYJÓWKI ZMIERZALI BEZ POŚPIECHU.

PROWADZIŁA MELA, CHOĆ NAJMNIEJSZA Z TOWARZYSTWA,

PRÓBOWAŁA POCIESZYĆ RESZTĘ, ROBIĄC GŁUPICH MIN ZE TRZYSTA.

 ZACZĘŁA TEŻ PODSKAKIWAĆ, NIE ZWAŻAJĄC NA SMUTNE TWARZE ,

I ZAŚPIEWAŁA PIOSENKĘ, PISZCZĄC W MYSIEJ GWARZE:

ŻEBY ŚWIAT BYŁ KOLOROWY,

NA PRZYGODY BĄDŹ GOTOWY,

I Z UŚMIECHEM IDŹ PRZED SIEBIE,

BO PRZYJACIÓŁ MASZ W POTRZEBIE.

NAGLE STANĘŁA PRZED KRYJÓWKĄ, NIE MOGĄC SIĘ RUSZYĆ,

I TYLKO GŁOŚNO ZAPISZCZAŁA, AŻ LUNĘ ZABOLAŁY USZY.

-PRZESTAŃ, PROSZĘ NIE DZISIAJ – BURKNĄŁ KOT NADĄSANY,

I NATYCHMIAST ZAMILKŁ NA WIDOK NAPOTKANY.

NA OSTATNIM SCHODKU, DOKŁADNIE TU, GDZIE BYŁA APTEKA

STAŁ TALERZ CIASTEK, MISKA BUŁECZEK I DUŻY DZBANEK MLEKA.

ZWIERZĘTA SPOJRZAŁY NA SIEBIE ZDZIWIONE.

– TAKIE RZECZY, CO TO, KTO TO, ZA CO TE PYSZNOŚCI PRZYNIESIONE?

PYTAŁY JEDNO PRZEZ DRUGIE Z ZACHWYTU NIE WYCHODZĄC,

NIE WIEDZĄC RÓWNOCZEŚNIE, CZY NA PEWNO ZJEŚĆ TO MOGĄ.

JEDNAK ZABRAŁY PRZYSMAKI DO SCHOWKA POD SCHODAMI.

I Z PEŁNYMI BRZUSZKAMI POSZŁY SPAĆ, OTOCZONE NOCNYMI ŚWIETLIKAMI.                                                                         

OKAZAŁO SIĘ RANO, ŻE DOBRE UCZYNKI SĄ ZWYKLE NAGRADZANE,

I ZA POSPRZĄTANIE PODWÓRKA, POCZĘSTUNEK BYŁ PRZYGOTOWANY PRZEZ PANIĄ HANIĘ.

APTEKARKA NIE WIEDZIAŁA, KOMU MA DZIĘKOWAĆ ZA WSPARCIE,

LECZ ODWDZIĘCZYĆ SIĘ CHCIAŁA NIEODPARCIE.

2 komentarze

  • Agnieszka80

    Moj 5 letni synek był zachwycony, nie moze sie doczekac dalszej części i zakończenia. Przyznam szczerze, ze sama jestem ciekawa. Z niecierpliwością czekamy na dalszy ciąg, pozdrawiam 🙂

Czytaj, rozbudź wyobraźnię, a potem napisz co myślisz.

%d bloggers like this: