Trzej niezwykli przyjaciele- część II

                                                                    WIELKI KŁOPOT

CZWARTEK POWITAŁ DZIEŃ CISZĄ I SPOKOJEM,

NIE CHCIAŁ ZBYT SZYBKO BUDZIĆ WIDOCZNIE TYCH TROJE.

DŁUGO SPALI DZISIAJ MIESZKAŃCY KRYJÓWKI POD APTEKĄ.

DZIWNE, ŻE WYCHODZĄC NA DWÓR NIE SPOTKALI ŻADNEGO CZŁOWIEKA.

PIERWSZA WYJRZAŁA LUNA, OSTROŻNIE NOSEK WYSTAWIŁA,

ALE OD RAZU COŚ DZIWNEGO ZAUWAŻYŁA.

WYCHYLIŁA SIĘ ZA RÓG PODWÓRKA I CO WIDZI?

ZAMKNIĘTA PIEKARNIA, STRAGANY I SKLEPY, NIGDZIE NIE MA LUDZI.

OBUDZIŁA RESZTĘ PRZYJACIÓŁ, OPOWIADA, CO SIĘ STAŁO,

NAWET LATARNIE W DZIEŃ NIE ZGASŁY, JAKBY TEGO BYŁO MAŁO.

POSTANOWILI RUSZYĆ W STRONĘ RATUSZA,

NAWET NIE MUSIELI SIĘ KRYĆ, LECZ CHODNIKIEM MOGLI SIĘ DZIŚ PORUSZAĆ.

MINĘLI ZAMKNIĘTE WITRYNY SKLEPOWE I NIECZYNNE PRZEDSZKOLE,

NAWET W KAWIARNI ZASTALI ZŁOŻONE PARASOLE.

GDY DOTARLI W POBLIŻE PARKU I FONTANNY,

PLAC BYŁ PEŁEN MIESZKAŃCÓW, STALI TAM PANOWIE I PANNY.

SCHOWALI SIĘ ZA OGROMNYM DĘBEM NA SKRAJU SKWERU,

I SŁUCHALI DYSKUSJI DOBIEGAJĄCEJ ZE STRON WIELU.

OKAZAŁO SIĘ SZYBKO, BEZ WĄTPIENIA ŻADNEGO,

ŻE RATUSZOWY ZEGAR WINNY JEST ZAMIESZANIA CAŁEGO.

PRZESTAŁ WYBIJAĆ GODZINY, MINUTY I SEKUNDY,

I NIKT NIE WIEDZIAŁ, DLACZEGO, BO PROBLEM TO BYŁ TRUDNY.

CZAS NAGLE STANĄŁ W MIEJCU, NIE MOGĄC RUSZYĆ DO PRZODU,

A WSZYSCY MIESZKAŃCY MIASTECZKA ZACZĘLI SZUKAĆ POWODU.

POJAWIŁ SIĘ TU ZEGARMISTRZ, INŻYNIER ORAZ ŚLUSARZ

I OGLĄDAJĄC PLANY ZEGARA KRĄŻYLI WOKÓŁ RATUSZA.

-CO TERAZ?- JĘKNEŁA MELA- SKĄD WIEDZIEĆ, ŻE JEST JUŻ PÓŹNO?

GDY CHMURY SŁOŃCE PRZYKRYJĄ O POMYŁKĘ NIE TRUDNO.

-MASZ RACJĘ DROGA MYSZKO, TO NIE JEST TAKIE PROSTE,

BY ODCZYTYWAĆ Z POGODY, CZY JUŻ NADESZŁA WIOSNA,

CZY MOŻE JESZCZE ZIMA NAS WSZYSKICH OTACZA,

LUB LATO PRZYSZŁO, A NIKT NIE WIE, WIĘC SIEDZI W KĄCIE I PŁACZE.

TO ZEGAR PROWADZI NAS CODZIENNIE, GODZINA PO GODZINIE,

WTEDY PORZĄDEK JEST NA ŚWIECIE I ŻYCIE SWYM TEMPEM PŁYNIE.

WYZNACZA TAK DNI, TYGODNIE, MIESIĄCE ORAZ LATA,

I WIE, JAK DZIEŃ Z NOCĄ MA SIĘ ZE SOBĄ PRZEPLATAĆ.                                                                

                                                                  ROZWIĄZANIE

STALI TAK DO POPOŁUDNIA, PATRZĄC NA TŁUM ZASMUCONY,

BO NAWET PAN BURMISTRZ MIASTECZKA BYŁ DZISIAJ PRZERAŻONY.

ZMARTWIŁ SIĘ KACPER I MYŚLAŁ, DRAPIĄC PAZUREM ZA UCHEM.

– MUSIMY COŚ Z TYM ZROBIĆ, NIKT NIE JEST Z NAS LENIUCHEM.

– TRZEBA MIESZKAŃCOM POMÓC- RZEKŁA DO NIEGO LUNA

I PIERWSZA SKOCZYŁA DO PRZODU, JAK PO UDERZENIU PIORUNA.

ZŁAPAŁA PLANY ZEGARA I RUSZYŁA NA WIEŻĘ,

A ZA NIĄ KACPER I MELA, DZIAŁAJĄC W DOBREJ WIERZE.

I CHOĆ NIE ZNALI SIĘ ANI TROCHĘ NA MECHANICZNYM SPRZĘCIE,

POBIEGLI PO SCHODACH NA GÓRĘ, A BYŁO ICH CHYBA ZE DWIEŚCIE.

DOTARLI NA MIEJSCE ZDYSZANI I OBEJRZELI DOKŁADNIE INSTRUKCJĘ,

SZUKALI, SPRAWDZALI, PUKALI W KAŻDĄ NAJMNIEJSZĄ ŚRUBKĘ.

TAK ICH NOC ZASTAŁA, TU NA WYSOKIEJ WIEŻY,

POSTANOWILI WIĘC ODPOCZĄĆ I CHWILKĘ POLEŻEĆ.

BLADYM ŚWITEM, ZASKOCZONYCH PRZYJACIÓŁ OBUDZIŁ CHŁODEM PIĄTEK,

ZNOWU ZACZĘLI SPRAWDAĆ KAŻDY ZEGARA ZAKĄTEK.

I STAŁA SIĘ RZECZ NIEZWYKŁA, DO PRZEWIDZENIA TRUDNA,

ŻE TYLKO MYSZKA, BYŁA NA TYLE MAŁA, BY SIĘGNĄĆ DO SPRAWY SEDNA.

WSKOCZYŁA DO ZEGARA, POPRAWIŁA NAKRĘTKĘ NA TARCZY

I NAGLE SIĘ OKAZAŁO, ŻE TYLKO TYLE WYSTARCZY.

WSKAZÓWKA RUSZYŁA POWOLI, PCHAJĄC SEKUNDY DO PRZODU,

POTEM MINUTY I GODZINY, A CZAS ZNOWU PŁYNĄŁ OD WSCHODU SŁOŃCA DO ZACHODU.

ZADOWOLONE ZWIERZĘTA ZACZĘŁY TAŃCZYĆ Z RADOŚCI,

ŻE ZEGAR ZNOWU PRACUJE JAK TRZEBA, DLA SWYCH MIESZKAŃCÓW I GOŚCI.

PO CHWILI KACPER ZMARTWIONY PRZYKUCNĄŁ PRZY SCHODKU SKULONY:

-JAK MY STĄD TERAZ WYJDZIEMY- ZAMRUCZAŁ PRZESTRASZONY.

– NA DOLE TYLE LUDZI- POWIEDZIAŁ I ZMRUŻYŁ ZIELONE OCZY,

-PRZEŻYLIŚMY RAZEM TYLE- PISNĘŁA MELA-ŻE NIC NAS JUŻ NIE ZASKOCZY.                                                                             

                                                   RADOŚĆ MIESZKAŃCÓW

ZWIERZĘTA RUSZYŁY W DÓŁ I BYŁY GOTOWE NA WSZYSTKO,

WYSZŁY NA PLAC PRZED RATUSZEM, WPROST, NA STOJĄCE TAM ZBIEGOWISKO.

TRZEJ PRZYJACIELE NIEDOLI ZŁAPALI SIĘ MOCNO ZA ŁAPKI,

LECZ NAGLE PANOWIE I PANIE ZACZĘLI ZDEJMOWAĆ CZAPKI,

PODRZUCAĆ JE DO GÓRY I GŁOŚNE OKRZYKI WZNOSIĆ,

A O KLASKANIE W RĘCE, NIE TRZEBA BYŁO PROSIĆ.

Z WRAŻENIA CAŁA TRÓJKA STANĘŁA ONIEMIAŁA,

-UCIEKAĆ, PRZYCUPNĄĆ, CZY BAĆ SIĘ- ZGODNIE POMYŚLAŁA.

I ŻEBY NIE ROBIĆ ZAMIESZANIA, ZACZĘLI IŚĆ W STRONĘ APTEKI,

A WSZYSCY MIESZKAŃCY ZA NIMI, PRZY SZUMIE PŁYNĄCEJ RZEKI.

KIEDY DOTARLI NA MIEJSCE, ZACZĘTO IM ZNOSIĆ PREZENTY:

OWOCE, WARZYWA, PIECZYWO, SZCZEREJ WDZIĘCZNOŚCI AKCENTY.

POWOLI TŁUM SIĘ ROZCHODZIŁ, ŻEGNAJĄC CZULE ZWIERZĘTA,

A BUZIA KAŻDEGO CZŁOWIEKA WCIĄŻ BYŁA UŚMIECHNIĘTA.

MAŁPKA, MYSZKA I KOT ZABRALI SIĘ ZA JEDZENIE,

A POTEM ZASNĘLI SZYBKO, BO NAGŁE POCZULI ZMĘCZENIE.

JEDNAK NIEDŁUGO POTEM, GDY ZACZĘLI JUŻ ŚNIĆ MIŁO,

KTOŚ ZACZĄŁ STUKAĆ DO DRZWI SCHOWKA Z DUŻĄ SIŁĄ.

KACPER ZERWAŁ SIĘ PIERWSZY, PRĘDKO, NA CZTERY ŁAPY,

I POSTANOWIŁ PRZEZ SZPARĘ WYSTAWIĆ SWÓJ ŁEB KUDŁATY.

NA ZEWNĄTRZ, STAŁA UBRANA W CZERWONĄ SUKNIĘ, PANI HANIA:

– WITAM DRODZY SĄSIEDZI- RZEKŁA Z UŚMIECHEM BEZ CHWILI WACHANIA,

-CHCIAŁAM ZAPROSIĆ WAS NA PRZEJAŻDŻKĘ MOIM AUTEM NIEBIESKIM,

ZAPARKOWAŁAM TUŻ PRZY APTECE, POZNACIE SIĘ Z MOIM PIESKIEM.

                                                               NOWY POCZĄTEK

PRZYJACIELE RUSZYLI NIEUFNIE DO SAMOCHODU,

KACPER I LUNA USIEDLI Z TYŁU, A MELA POSPIESZNIE Z PRZODU.

NAGLE, NIE WIADOMO SKĄD, ZJAWILI SIĘ WŁAŚCICIELE OKOLICZNYCH SKLEPIKÓW,

NIE SPOSÓB BYŁO ICH POLICZYĆ, PO PROSTU BEZ LIKU,

KAŻDY Z NICH CHCIAŁ POŻEGNAĆ ZWIERZĘTA,

TRYMAJĄC RÓŻNE PREZENTY W RĘKACH.

PAN KAPELUSZNIK, PRZYNIÓSŁ TRZY ZIELONE CZAPKI,

MIŁA PANI Z SĄSIEDZTWA, PARASOLKI W KROPKI.

PIEKARZ, OGROMNY KOSZ BUŁECZEK, JESZCZE PACHNĄCYCH,

RZEŹNIK TRYMAŁ NA SZYI, JAK KORALE, PARÓWKI GORĄCE.

TAK SIĘ ROZSTAŁY ZWIERZĄTKA Z MIESZKAŃCAMI,

KTÓRZY JESZCZE DŁUGO SIĘ ZA NIMI OGLĄDALI.

PRZYJACIELE BALI SIĘ TROCHĘ, CO ICH TERAZ CZEKA,

LECZ BYLI DOBREJ MYŚLI, BO POLUBILI CZŁOWIEKA.

MINĘLI ULICZKI, SKWEREK I RYNEK I POJECHALI PRZEZ MOST ZA MIASTO,

 NAGLE STANĘLI PRZED BIAŁYM DOMKIEM I WSZYSTKO STAŁO SIĘ JASNE.

SZLI ZGODNIE GĘSIEGO ZA PANIĄ HANIĄ, NA KONIEC KORYTARZA,

I WYDARZYŁO SIĘ COŚ PIĘKNEGO, CO TYLKO W BAJKACH SIĘ ZDARZA.

ICH OCZOM UKAZAŁ SIĘ MAŁY POKOIK ZE STOŁEM I TRZEMA ŁÓŻKAMI,

Z KOCAMI W ŻÓŁTO- ZIELONĄ KRATĘ I PARAPETEM Z FIOŁKAMI.

PO DŁUŻSZEJ CHWILI ZAWITAŁ DO NICH BRĄZOWY PIES PANI HANI,

PRZEDSTAWIŁ SIĘ GRZECZNIE- JESTEM CEZARY, OD DZIŚ ZAMIESZKACIE Z NAMI.

RADOŚCI PRZYJACIÓŁ NIE BYŁO KOŃCA, SPEŁNIŁO SIĘ ICH MARZENIE.

DOMEK Z OGRÓDKIEM, DOKOŁA ŁĄKI I DRZEWA RZUCAJĄCE CIENIE.

GOSPODYNI OBJĘŁA CAŁĄ GROMADKĘ I POWIEDZIAŁA: – NA SMUTKI JEST SPOSÓB PROSTY:

– PRZYJACIÓŁ POTRZEBUJE ZWIERZĘ, DZIECKO I DOROSŁY,

KAŻDEMU NA TYM ŚWIECIE SAMEMU JEST ŹLE I SMUTNO,

GDY W SERCU DOBRO MIESZKA, O BLISKICH JEST NIE TRUDNO.

USIEDLI WSZYSCY MIESZKAŃCY, NA SCHODKACH WERANDY PRZED DRZWIAMI

I TULĄC SIĘ CZULE DO SIEBIE JESZCZE RAZ ZAŚPIEWALI:

ŻEBY ŚWIAT BYŁ KOLOROWY,

NA PRZYGODY BĄDŹ GOTOWY,

I Z UŚMIECHEM IDŹ PRZED SIEBIE,

BO PRZYJACIÓŁ MASZ W POTRZEBIE.

Czytaj, rozbudź wyobraźnię, a potem napisz co myślisz.

%d bloggers like this: